Kolarstwo górskie (tzw. enduro) a rodzina

Wyścig szosowy Tour De Rogów

W sobotę mąż z kolegą namówili mnie, żebym wystartowała w szosowym wyścigu… Właśnie smażyłam placki ziemniaczano-dyniowe, pracy trochę przy tym jest, i żeby zdążyć się przygotować, musiałam w pośpiechu zakładać ciuchy kolarskie podczas robót kuchennych. Skończyłam o 14:45, a od 15.00 były zapisy na wyścig w biurze zawodów mieszczącym się w pizzerii „Peleton” w Sobótce. Moja szosówka już czekała, przygotowana wcześniej przez męża. Zdążyłam.

Jak chcesz sprawdzić, jaką masz kondycję, to idź na rower z szosowcami… Ściganie się z nimi obnaży twoją słabą nogę (nawet, jak wydaje ci się, że słaba nie jest). Byli sami miejscowi wymiatacze, kilkadziesiąt osób, mocni zawodnicy, razem ze mną trzy panie, ale tamte dwie jeżdżą jak faceci… Pięć rund, prawie 30 km.

Dubel
Takie tempo narzucili, że od początku byłam ostatnia (z wyjątkiem pierwszej rundy, na której się nie ścigaliśmy, to było zapoznanie się z trasą). Dopiero po trzeciej rundzie pomalutku zaczęłam dochodzić innych maruderów. Ale to była ciężka praca! Dogoniłam jednego kolarza, z którym „na niby” się pościgaliśmy – częściej to ja jechałam za nim. Trochę się przewiozłam dzięki temu, że rzadziej dawałam mu zmiany. Na koniec przedostatniej rundy dogoniła nas czołówka, dubla nam zrobili na 500 m przed metą czwartego okrążenia. Dla nich to już była meta piątego, czyli ostatniego. Facet, z którym jechałam, po tym dublu odpuścił i zszedł już z roweru, a ja pojechałam honorowo to ostatnie, piąte okrążenie. A co!

Mastersi z klasą
I dogoniłam kolejnych dwóch kolarzy, i wyprzedziłam ich na jakiś kilometr przed metą. Ale to byli doświadczeni mastersi. Mastersi mastersów, doświadczeni i w niezłej kondycji. Pokazali, jak to się robi na szosie: jechali trochę za mną, a na ostatnich 200 metrach po prostu odjechali mi tak, jakby mieli po silniczku elektrycznym w korbie, podczas gdy ja już nie mogłam przyśpieszyć ani o milimetr na minutę…
Po wyścigu nie byłam jakaś padnięta, zmęczona, nieżywa, nie odcięło mnie, nic z tych rzeczy. Po prostu zabrakło mocy na ściganie, bo jeździć tak na luzie to bym jeszcze mogła długo. Nawet nie zatrzymałam się na tej mecie, tylko wróciłam z grupką kolarzy jeszcze kilka kilometrów do pizzerii „Peleton”. Po drodze jeden z tych kolarzy, którzy mnie na końcu wyprzedzili, tłumaczył się kurtuazyjnie „Mówiłem koledze, żeby nie wyprzedzał, no ale nie posłuchał, musiał, ech…” Nie ma sprawy, cała przyjemność po mojej stronie :) Przecież ktoś musi być ostatni. Padło tym razem na mnie. I było bardzo fajnie. Trzeba zbierać doświadczenia kolarskie ;) No i jakoś po ludzku przygotowywać się na wyścig, a nie tak prosto z kuchni.
fbMB

Reklamy
This entry was published on 24 października 2016 at 10:43 and is filed under #szosówka, Bez kategorii. Bookmark the permalink. Follow any comments here with the RSS feed for this post.

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s

%d blogerów lubi to: