Kolarstwo górskie (tzw. enduro) a rodzina

Pętla Speediego w Rudawach Janowickich

Połowa listopada, sobotni poranek, godzina piąta minut trzydzieści, ciemność. Dzwoni budzik. Wygrałam konkurs „sprawni jak żołnierze”, nie było mowy, że „muszę koniecznie poleżeć jeszcze pięć minut”. Na miejsce spotkania z kolegami z teamu „Knurświny” przybyłam prawie punktualnie. Szybkie przepakowywanie rowerów do jednego auta i w drogę, w Rudawy Janowickie.

20161112_101134_hdr-1
fot. Masko Patol

Petla Speediego
Podczas przepakowywania lekka konsternacja : kolega zapomniał zabrać kask. Ale chwilę pomyślał, szast-prast, poszperał w bagażniku i… Jest! Kask zapasowy! Stary (czyt. poprzedni), używany już sporadycznie, ale najważniejsze, że był. Ja w bagażniku zawsze mam jakieś buty zapasowe na trening obwodowy, gdybym akurat zapomniała. Kask też jak widać warto wozić w zapasie.

20161112_152354_hdr
fot. Masko Patol

W planach mieliśmy tzw. „Pętlę Speediego”. Pętla ma 38 km, delikatnie tylko ją zmodyfikowaliśmy, ale i tak wyszło mi na Garminie 37 km. Cała trasa została pięknie przez Speediego opisana, warto otworzyć powyższy link i przeczytać. My, do tego wszystkiego, co tam jest napisane, mieliśmy warun zimowy. Startowaliśmy nie spod schroniska Szwajcarka, a z Janowic Wielkich. Z początku długim asfaltowym podjazdem, co było bardzo rozgrzewające, jak maść na ból pewnej części ciała (tak, podobno jest taka maść, a ja zawsze sobie wyobrażam, że ma ona właściwości rozgrzewające).

20161112_103117_hdr
fot. Masko Patol

20161112_103128_hdr
fot. Masko Patol

20161112_101047_hdr
fot. Masko Patol

Listopadowy początek zimy
W górach już zima. Wprawdzie śniegu jeszcze nie napadało na tyle dużo, żeby jakoś szczególnie utrudniał jazdę na rowerze czy marsz, ale to JUŻ. Mrozik szczypał, zwłaszcza w stopy i w dłonie. Przydały mi się bardzo ochraniacze kolarskie na buty, jakoś je wcisnęłam na moje budżetowe „fajfteny”. Temperatura stóp uległa znaczącej poprawie, i to natychmiast. Polecam. Ochraniacze na szczęście nie podarły się o piny w pedałach.
Często po drodze czaiły się zdradliwe zamarznięte kałuże. Pod cienką warstwą lodu płynne nie zamarznięte błotko. A gdy były one płytkie i rozległe, to chwila nieuwagi i można było zaliczyć ślizg niekontrolowany. Zdarzyło mi się wylądować na czterech literach, owszem, czemu nie.

DCIM100GOPROGOPR2261.

Garść atrakcji z trasy
Po dojechaniu do Kamiennej Ławki, przy której znajduje się wiata i miejsce na ognisko, poprzestaliśmy na krótkim odpoczynku jednak bez ogniska. Miałam ze sobą ciasteczka z dyni, które zgarnęłam w domu na drogę, a których już u mnie prawie nikt nie chciał jeść, bo upiekłam ich tak z pół tony i wszystkim wychodzą bokiem. Trochę tych ciastek wcisnęłam kolegom, nawet dobrze smakowały na mrozie.

DCIM100GOPROGOPR2264.

Przy Kolorowych Jeziorkach czaiła się już – jak pisze Speedy Bandito – „korzenna orgia”. Niektórzy z nas ją zjechali, niektórzy nie. No co, dzieci mam, żyć dla kogo mam. Ta wymówka zawsze na propsie ;)

DCIM100GOPROGOPR2272.

DCIM100GOPROGOPR2278.

Wbrew ostrzeżeniom Speediego zawartym w opisie trasy i tak najtrudniejsze były dla mnie nie zjazdy, a podjazdy.
Najgorszy był podjazd na Przełęcz Rędzińską, nazwany przez kolegę Knurświna „Chamskim Podjazdem Asfaltem”. Sporo tam butowałam, ale koledzy cierpliwie poczekali. Asfalt pokryty był gdzieniegdzie warstewką lodu, a im wyżej, tym grubsza była pokrywa ubitego śniegu. Na samym początku przełęczy tablica z informacją : „Przełęcz Rędzińska. Nie utrzymywana zimą”. Tak było. Miejscowi ludzie palący ognisko przy drodze mówili coś do nas o tym, że jest to droga radości, i próbowali podtrzymywać mnie na duchu dobrymi radami : „jedź, jedź, już ich wyprzedzasz (kolegów, którzy akurat przystanęli), a jak wyprzedzisz, to nie zatrzymuj się, tylko jedź dalej!”. Byli trochę rozczarowani, gdy po ominięciu Knurświnów jednak zeszłam z roweru. Ale nie zatrzymałam się, tylko rozpoczęłam wędrówkę pieszą. Ostatnie metry na przełęcz podjechałam.

20161112_151139_hdr-1
fot. Masko Patol

20161112_151159_hdr-1
fot. Masko Patol

Oprócz turystów pieszych i rowerowych (tych pierwszych spotkaliśmy na szlakach sporo, jeśli chodzi o rowerowych, to natknęliśmy się tylko na ich ślady) po lasach buszowali myśliwi. Często słyszeliśmy w oddali huk strzałów i odgłos trąbki myśliwskiej – ci to mają zdrowie.
Gdy w końcu dotarliśmy do ruin zamku Bolczów, robiło się już pomalutku szarawo. Stamtąd zjazdem po progach skalnych dojechaliśmy do szlaku i było już praktycznie cały czas w dół, do Janowic Wielkich, na parking przed dużym sklepem samoobsługowym, gdzie mieściła się nasza baza.

20161112_155341_hdr
fot. Masko Patol

Dzięki temu, że wcześnie rozpoczęliśmy naszą wycieczkę, udało nam się ją zakończyć przed zmrokiem. Lampy oczywiście wzięliśmy na wszelki wypadek, ale się nie przydały tym razem.

Kilka ciekawostek
Podczas tego tzw. tripa odkryłam jeden bardzo praktyczny „trick”, a mianowicie co należy zrobić, żeby picie nie zamarzało w rurce bukłaka. Otóż należy po każdym napiciu się wdmuchać do rurki trochę powietrza, tak, aby pozostała ona pusta. I nie zamarza, bo nie ma co zamarzać. Być może ktoś odkrył już to przede mną, widocznie mi umknęło, i dokonałam tego odkrycia na własną rękę.

20161112_135243_hdr
fot. Masko Patol

Na wycieczce po górkach o tej porze roku, w zimowej aurze, trzeba być trochę OGREM. Bo wiadomo nie od dziś, że ogry są jak cebula. Oczywiście nie chodzi o to, że trzeba śmierdzieć, albo ukrywać swoje prawdziwe ja pod jakąś zewnętrzną powłoką, tylko o to, że trzeba mieć na sobie warstwy ubrań. Ubieramy zatem się na tzw. cebulkę. Ja zwykle mam pod kurtką 3 warstwy: mocno przylegającą/ oddychającą koszulkę z długim rękawem (może być i bielizna termoaktywna), bluzę termoaktywną, a do tego jeszcze teamowy dżersej. W plecaku wożę dodatkową bluzę z polaru i/lub cienką kurteczkę nieprzemakalną i nieprzepuszczającą powietrza. Podczas postoju i na zjazd zakładam tę dodatkową bluzę lub kurteczkę, żeby nie wychłodzić organizmu. Nogi też obowiązkowo opatulam warstwowo i są to warstwy „stałe”. Ostatnio słyszę i czytam, że ludzie zaopatrują się w jakieś skarpety o cudownych właściwościach termicznych, i choć są one stosunkowo drogie, może i ja się skuszę.

20161112_095845_hdr

Mam nadzieję, że uda mi się częściej wyjeżdżać na takie jednodniowe wycieczki w doborowym towarzystwie.fbMB

Reklamy
This entry was published on 13 listopada 2016 at 16:38 and is filed under #miejscówka, #mtb, Bez kategorii. Bookmark the permalink. Follow any comments here with the RSS feed for this post.

2 thoughts on “Pętla Speediego w Rudawach Janowickich

  1. hehe też tak wykombinowałem z wdmuchiwaniem napoju do bukłaka ale czasami jakas kropla lub dwie zostawały i dupaaa… :)

    Polubione przez 1 osoba

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s

%d blogerów lubi to: